FOMO

FOMO

Całkiem niedawno wystukałem kilka zdań w temacie mniej lub bardziej świadomego uzależnienia rodzaju ludzkiego od wszelkiego rodzaju cudownych produktów pseudomedycznych, mających na celu usprawnienie naszych procesów myślowych, zdrowia fizycznego, poczucia szczęścia czy długości włosów (przeczytasz o tym TUTAJ). W dyskusji przypomniano mi odłożony na bok temat zjawiska równie, a może nawet bardziej powszechnego i groźnego, które to wrzucić możemy do jednego worka z całym mnóstwem chorób cywilizacyjnych, dotykających ogół ludzkości, nie tylko na tych bardziej rozwiniętych obszarach. Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko, niniejszym poznaj bliżej swoją chorobę – FOMO.
Okryci nieśmiertelną legendą amerykańscy naukowcy są mistrzami nie tylko w wynajdywaniu rzeczy i zjawisk, które się im prehistorycznym pierwowzorom nie śniły, ale nie mają sobie równych także w nadawaniu tymże chwytliwych nazw, stosowanych potem w każdym zakątku globu. Intrygujący skrót FOMO oznacza z angielska: FEAR OF MISSING OUT. Oczywiście prawidłowe przełożenie tego określenia na język polski stanowi wyzwanie lingwistyczne przekraczające możliwości mojej skromnej osoby. Zresztą ktoś kiedyś na poły słusznie zauważył, iż z tłumaczeniami to jak z kobietami – piękne nie są wierne, wierne nie są piękne. By jednak jakkolwiek oddać klimat omawianej przypadłości, użyję kilku gramatycznych potworków: „Strach przed byciem poza”, „Strach przed przegapieniem”, „Strach przed wypadnięciem z obiegu”.

Ogólnie rzecz biorąc dotknięta chorobą jednostka ma bardzo silne poczucie, że jeśli tylko czegoś nie wie, nie sprawdzi, nie doczyta, to wypadnie z szeroko rozumianego obiegu. Czyli z czego wypadnie? Gdy w domu twoich znajomych trwa impreza, a ty – mimo otrzymania zaproszenia – pozostajesz w swoich czterech ścianach, to jesteś „poza”, „przegapiasz”, „wypadasz z obiegu”. Bo „wszyscy” są na przyjęciu, ciebie tam nie ma. System zero jedynkowy. Przekładając ten pokraczny przykład na FOMO – jeśli „wszyscy” coś wiedzą, a ty nie, to wiesz gdzie jesteś.

Uzależnienie z założenia do czegoś nas przymusza (lub, idąc myślowym skrótem – zmuszamy się do tego sami). Cierpiący na FOMO mają więc podskórne przeczucie, że nie mając wiedzy o aktualnych wydarzeniach (zarówno tych ogólnoświatowych, jak i towarzyskich), bieżących trendach czy nowinkach technicznych, są socjalnie martwi. Postrzegają siebie jako dzieci krążące we mgle, prawie nieświadome własnego otoczenia. Przeszywa ich strach przed odrzuceniem, przed rozmową, w której nie będą w stanie wziąć udziału. Paranoja może ich pchnąć do wniosków nawet dużo groźniejszych – będąc poza obiegiem narażają swoje zdrowie lub życie na realne niebezpieczeństwo. Nawiązując choćby do ostatnich wydarzeń – jeśli umknie nam jakaś informacja z ukraińsko-rosyjskiego frontu, możemy popełnić zgubny w skutkach błąd, który przypłacimy życiem. Bo czegoś nie wiemy.

Powyższe wizje mają nieco mroczne zabarwienie, ale sprawy nie muszą przybierać aż tak dramatycznego obrotu. Wspomniałem bowiem o konwenansach. Często to nie wojny czy kataklizmy, ale towarzyskie wykluczenia właśnie paraliżują nas i popychają do działania. W tym wypadku – do bycia w obiegu. I to nawet wtedy, gdy teoretycznie już w nim jesteśmy. Chyba nieobce są nam obrazki, gdy w mniej lub bardziej licznym gronie znajomych ktoś zawzięcie stuka w smartfon, tablet czy inne ustrojstwo. A może… nawet nam samym się to zdarza?

Ktoś rzeknie, że problem jest sztucznie nadmuchany przez nadmiernie wyedukowanych socjologów i innych psychiatrów. Przecież zarówno same urządzenia, jak i ich możliwości stworzone zostały nie po to, by nam szkodzić, lecz z pobudek zgoła odmiennych. Jeśli okroimy temat ze wszystkich teorii spiskowych (mówiących np. o tym, że smartfony czy facebook, to narzędzia CIA do śledzenia ludzkości), to przecież ciężko będzie twórcom tych dobrodziejstw przypisać negatywne intencje. To jak z samochodem – ogólnie służy on ludziom do dobrych celów, a wypadki to efekt niewłaściwego z nich korzystania. I tak samo tutaj – twoje niepanowanie nad korzystaniem to kłopot tylko i wyłącznie twój, nie ogółu.

Po części słusznie, ale nietrudno chyba zaobserwować, że skutkiem ubocznym niemal nieograniczonych możliwości korzystania z nowinek technicznych, jest nasze uzależnienie się od nich. Ręka do góry, komu NIGDY nie zdarzyło się kompulsywnie i bez żadnej konkretnej przyczyny sprawdzać powiadomień na facebooku, skrzynki mailowej czy strony z wiadomościami? Kto nie przyłapał się na tym, że idąc ulicą czy jadąc autobusem, niemal nieświadomie nie wyciągnął swojego urządzenia mobilnego, by chociaż na nie spojrzeć? A kto nie zna tego uczucia, które towarzyszy nam, gdy złe chochliki urządzenie gdzieś ukryją i wychodząc z domu zapomnimy go wziąć ze sobą?

Oczywiście w dobrym tonie byłoby tu wywalić teraz elaborat o tym, jak to całe zjawisko wpływa na więzi międzyludzkie. Ale mam graniczące z pewnością wrażenie, że na ten temat powiedziano już wszystko i to w ilości, która raczej wywołała już w naszych umysłach znieczulicę. Nie odniesie więc skutku dramatyczny apel o rozsądek, o rozmowę twarzą w twarz, a nie przez komunikator. Celem moim jednak było zwrócenie uwagi oraz poddanie pod rozwagę zjawiska, które dotyczy ogromu ludzkości. Jednocześnie będącego czymś tak powszechnym, jak lata temu było spoglądanie na zegarek.

Udostępnij ten artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.