CZY ZŁAMAŁEŚ JUŻ POSTANOWIENIA NOWOROCZNE?

CZY ZŁAMAŁEŚ JUŻ POSTANOWIENIA NOWOROCZNE?

Niezrównani we wszelkich badaniach amerykańscy naukowcy szacują, że jedynie 8% ludzi realizuje swoje postanowienia noworoczne. Przy czym przez realizację rozumiemy tu doprowadzenie zmian do końca, nie tylko ich nadgryzienie. Tu statystyka mówi, że 1/4 z tej grupy odpada już po tygodniu, po miesiącu zaś na placu boju zostaje mniej więcej połowa. Jest 23 dzień stycznia, zasadne jest więc pytanie – czy porzuciliście już postanowienia noworoczne?

Jest coś mitycznego w tym, że nowości w życiu chcemy wprowadzać od pierwszego dnia nowego roku. Zresztą nie tylko pierwszy stycznia uchodzi za datę o magicznych właściwościach, choć ona króluje niepodzielnie. W zasadzie lubimy wszystkie pierwszy dni miesiąca, popularne są też poniedziałki. W szczególnych przypadkach naszą cezurą będzie dzień zdania egzaminu, zakończenia roku szkolnego, zamknięcia projektu czy pójścia do nowej pracy. Nie ma nic złego w wytyczaniu celu na konkretną datę, są jednak co najmniej trzy sprawy, które powinniśmy brać podrozwagę.

W samych datach nie ma nic magicznego

Pod tym nagłówkiem powinienem od razu dać kolejny, gdyż wyczerpuje on punkt pierwszy. Ale liczba znaków  wtekście musi się zgadzać, więc uzasadnię. Otóż poniedziałek, środa, 1 stycznia czy dzień zdania matury, to dzień sam w sobie taki, jak każdy inny. Nawet jeśli dla ogółu ludzkości znaczy sporo (nowy rok), czy też jest szczególny tylko dla nas (zdanie na prawko), sam w sobie nie spowoduje automatycznych zmian. To, że 92% osób nie realizuje swych noworocznych postanowień w dużej mierze wynika z braku motywacji. A tej brakuje m.in. dlatego, że zbyt dużą ufność pokładamy w kartce z kalendarza, jak gdyby było w niej magiczne zaklęcie, po odczytaniu którego staniemy się chudsi, zdrowsi, lepsi.

Dezorganizacja

Szumnym zapowiedziom zmian często towarzyszy totalny brak przygotowań. Swych planów nie rozpisujemy, chociażby w głowie. Nie analizujemy sytuacji, nie czynimy założeń, nie wyznaczamy check pointów.

1 stycznia to w głowach wielu dzień, w kórym automatycznie z kanapowego pochłaniacza Netfliksa i pizzy staną się ultramaratończykami.

Prowadzimy określony styl życia, który chcemy – zazwyczaj – diametralnie zmienić. Rzucamy kilka górnolotnych haseł w głowie i do bliskich, po czym swym dawnym życiem żyjemy do 31 grudnia, by nazajutrz wywrócić wszystko do góry nogami. A po tygodniu zbić sobie piątkę z pozostałymi z grupy 25%, z których zeszło powietrze i wrócili do starego życia. Dobrze jest więc zmiany odpowiedni przemyśleć, rozrysować, nakreślić, rozpisać, itp. Zwłaszcza, gdy postanowienia są z górnej półki i/lub jest ich dużo. Być może już w trakcie takiej analizy znajdziemy potencjalne ryzyko, coś zmienimy, dostosujemy tak, by jednak dłoń uścisnąć tym z grupy 8%.

Co za dużo, to niezdrowo

Niezależnie od tego, czy zmiany rozpoczynamy na pełnym spontanie czy też mamy na dysku terabajty prezentacji, tabelek Excela i innych notatek, naszym wrogiem może być zwyczajnie ilość. Chcemy za dużo na raz. Najpopularniejsze postanowienia dotyczą oczywiście żywienia, uprawiania sportu czy nałogów. Z daleko idącym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że jednoczesne rzucenie palenia i picia, przejście na weganizm oraz rozpoczęcie codziennych treningów wykończy nas właśnie po tygodniu. Zniechęcimy się i – co gorsze – utwierdzimy w przekonaniu, że naszego dotychczasowego stylu życia zwyczajnie nie zdołamy porzucić nigdy. Przecież próbowaliśmy i nie wyszło.

Każdy moment jest dobry

Zmiany czy postanowienia niekoniecznie muszą być spektakularne i wymagać wielkich przygotowań oraz heroicznych poświęceń. Chęci czytania książek czy codziennego korzystania z prysznica nie musimy planować z półrocznym wyprzedzeniem. Ot, każdy moment jest dobry. Na te większe, żywieniowe czy zdrowotne zmiany, również każdy dzień może być tym pierwszym, niemniej tu już warto pamiętać o kompleksowym podejściu. Myśleć o nich, jak o maratonie, a nie jak o sprincie.

A jeśli już jesteśmy w gronie 25% tych, którzy się poddali? Powtórzę – każdy moment jest dobry. Jedne z najwekszych zmian życiowych zacząłem realizować w połowie czerwca, odpowiednio się do nich przygotowując, dzieląc na etapy, reagując po drodze na potknięcia. Po raz pierwszy od dłuższego czasu 1 stycznia nie był dla mnie dniem wielkich zmian, bardziej kontynuacją przedsięwzięć. Choć nie zacząłem od nowego roku, to – idąc tropem badań amerykańskich naukowców – jestem po 6 miesiącach w grupie 60%, którzy trwają w postanowieniach. W czerwcu chcę więc zbić piateczkę z tymi ośmioma procentami.

Kto dołączy?

Udostępnij ten artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.