POLSKIE FILMY Z NAPISAMI

POLSKIE FILMY Z NAPISAMI

Zwykliśmy narzekać na rodzimą kinematografię i z pewnością wiele ku temu argumentów ciężko jest obalić. Jako wyjaśnienie, najczęściej usłyszymy oczywiście brak odpowiednich funduszy i tu też pola do dyskusji nie ma. Choć na wielu płaszczyznach zrobiliśmy ogromny postęp, to jednak niezmiennie zdumiewającą kwestią pozostaje mityczny dźwięk w polskich filmach.

Sprawą – w teorii – toatlnie niezależną od szerokości geograficznej i zasobności sakiewki jest gra aktorska. Na tym polu postęp można robić nie tylko dzięki formalnej edukacji, ale nawet na zwykłym podpatrywaniu co bardziej utalentowanych odtwórców. Tu zgoda – wybitnych aktorów mieliśmy zarówno przed wojną, „za komuny”, jak i miewamy ich teraz. Podobnie jest z jakością scenariuszy, obrazem, montażem, reżyserią, itd., itd., itd. Słowem – pod wieloma względami nadwiślańskie produkcje od dekad nie mają się czego wstydzić, a z tego, w czym nie domagały, odrobiły pracę domową i jako tako nadążają. Tylko ten dźwięk…

Pamiętam stare polskie filmy, w których efekty dźiękowe żyły swoim, niezależnym od obrazu życiem. Gdy huk wystrzału z pistoletu słychać było zanim bohater wyjął broń z kabury, względnie gdy już chował do niej gnata. Gdy dialog aktorów kompletnie nie pokrywał się z tym, co mogliśmy wyczytywać z ruchu ich warg. Takich kwiatków już prawie nie ma i w zdecydowanej większości wypadków doznania słuchowe są tożsame i tymi wizualnymi. Na czym więc polega największy minus?

Chodzi tu w zasadzie o dwie kwestie. Jedna, wteorii mniej istotna, dotyczy poziomów głośności w poszczególnych scenach. Któż z nas nie próbował kiedyś w samotności oglądać późną porą filmu tak, by jednocześnie nie zbudzić pozostałych domowników za ścianą? Przy czym mówię tu o normalnych filmach – takich kostiumowych, z dialogami, itp. Właśnie w takich zwłaszcza sytuacjach najbardziej odczuwamy różnice poziomów głośności poszczególnych scen. Nagle pokój wypełnia kakofonia huków i wystrzałów, względnie wjedzie adekwatna do klimatu muzyka. W ułamku sekundy ściszamy, by w kolejnej scenie jednak podbijać kreski volume, ażeby usłyszeć co tam nasi bohaterowie mówią. OK, rozumiem, że wybuch bomby nie może być nagrany tak samo jak trzaśniecie drzwiami w aucie, ale też naprawdę wiele niepolskich produkcji jestem w stanie oglądać z pilotem od sounbaru spokojnie leżącym gdzieś obok.

Druga, zdecydowanie poważniejsza kwestia, to dialogi. Tu często nawet ustawienie maksymalnego poziomu głośności niewiele pomaga w tym, by coś usłyszeć. Usłyszeć i zrozumieć, bo to że protagonista coś mówi, to ja nawet słyszę. Tylko co on mówi?

Władysłw Pasikowski w jednym z wywiadów po premierze najnowszej części „Psów” powiedizał (kontekst – narzekał na niską frekwencję w kinach):

Wstyd, swojego ukochanego filmu nie wesprzeć! Na co czekacie, żeby obejrzeć go za friko na ekranach kompa i usłyszeć dźwięk na głośnikach kompa, a potem użalać się w sieci, że w polskich filmach nic nie słychać?

Frustrację wybitnego reżysera rozumiem, jednak z ostatnią częścią wypowiedzi zgodzę się jedynie częściowo. Otóż nawet, jeśli wyjmiemy z dyskusji pirackie, nagrywane kalkulatorem kopie filmu, to niestety nawet kino nie gwarantuje, że zrozumiemy wypowiedzi filmowych bohaterów. Oraz w drugę stronę – płatne serwisy streamingowe dostają pieniądze widzów właśnie za to, by w domowym zaciszu zobaczyć i usłyszeć produkcję w najwyższej możliwej jakości. Zupełnie przypadkowo „Psy 3” obejrzałem akurat we własnych 4 ścianach (w płatnym, legalnym serwisie) i cóż – faktycznie mogę użalać się w sieci, że nic nie słychać.

Szukając przyczyn takiego stanu rzeczy dotarłem do wywiadu, w którym polski specjalista podkreśla, że mamy odpowiednich ludzi i sprzęt. Pod tym względem nie musimy się przed zagranicznymi twórcami wstydzić. Nie ukrywam zdziwienia, bo zawsze myślałem sobie – nie możemy po prostu kupić tego samego sprzętu, co Amerykanie? A tu gość mówi, że my taki sprzęt posiadamy! O co więc chodzi? Czyżby nasi aktorzy mieli jakąś zaraźliwą wadę wymowy?

Otóż – według rzeczonego specjalisty – rzecz rozbija się o tzw. postsynchrony. Po skończonych zdjęciach do filmu, aktorzy trafiają do dedykowanego studia, gdzie wszystkie swoje kwestie czytają ponownie, w sterylnych warunkach. Następnie armia ekspertów synchronizuje te nagrania z ograzem, co jest żmudną i czasochłonną robotą. To, że nie rozumiemy naszych rodaków na ekranie wynika więc z tego, że postprodukcja jest pod tym względem traktowana po macoszemu – postsynchrony robi się po łebkach lub… wcale.

Nie ma po prostu ani czasu, ani budżetu (a najczęściej jednego i drugiego), by film udźwiękowić na światowym poziomie. Terminarz produkcji jest zwykle napięty, a pieniądze idą w inne koszty, niekoniecznie w doznania audio. A szkoda, bo jednak dzieło sporo na tym traci. Po seansie serialu „Ślepnąc od świateł” byłem zachwycony nie tylko scenariuszem, montażem, reżyserią czy grą aktorską, ale podkreślałem także moim rozmówcom, że wreszcie rodzimą produkcję po prostu słyszałem. A nie był to przecież film o ludziach rozmawiająch w salonie – przeciwnie, mnóstwo tu było dialogów w hałaśliwym otoczeniu, wypowiadanych przez niezbyt lotnych opryszków, itp. A jednak nie miałem najmniejszego kłopotu ze zrozumieniem pojedynczych słów.

Oczywiście nie jest tak, że to problem tylko kina znad Wisły. Niemniej próbowałem już oglądać produkcje z dialogami angielskimi i hiszpańskimi i mogę stwierdzić, że tam raczej do wyjątków należy sytuacja, w której mimo ustawienia głośników na cały zycher nie jestem w stanie rozszyfrować wypowiedzi aktora. W zdecydowanej większości polskich produkcji jest dokładnie odwrotnie – tu czasem coś usłysze bez kłopotu.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że aby odnieść pełną korzyść z obejrzenia polskiego dzieła, muszę je włączyć z napisami. Inaczej pozostaje mi cofanie, podgłośnianie albo zwyczajne utracenie pojedynczych kwestii.

Udostępnij ten artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.